środa, 21 kwietnia 2010

Wycinki z Pynchona, cz. 1

Świnia najlepszym jest towarzyszem,
Czy będzie to dzik, maciora czy knur,
Świnia to kumpel, co odwagi ci doda,
Choćbyś na szyi miał sznur.
Kiedy wyprą się ciebie, okpią, okradną,
Gdy za całe zło cię obwinią,
Choć mącą ci w głowie torysi, wigowie,
Nigdy nie zginiesz ze świnią,
Nigdy nie zginiesz ze świnią!

Thomas Pynchon, Tęcza grawitacji, Warszawa 2001, s. 453.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Guerilla Books

Jak się czujecie z mikroskopijną skalą czytelnictwa w Polsce?
Bo ja nie za dobrze. Od jakiegoś czasu przebąkuje się, że jest niskie. Mówią o tym wydawcy, z którymi rozmawiałem, mówią pisarze, redaktorzy, co bardziej obeznani czytelnicy... A tych, wbrew pozorom, ostało się jeszcze parę. Jak niedźwiedzi polarnych. Greenpisowcy powinni nas wziąć pod ochronę i ratować nasze środowisko naturalne - biblioteki, czytelnie i księgarnie. W końcu by się na coś przydali.
Od jakiegoś czasu rządy starają się z tym walczyć. Efekt tego jest znakomity. Podatek VAT na książki w całej Europie, poza trzema krajami - Wielką Brytanią, Irlandią i Polską. Na Wyspach jeszcze jako tako ujdzie, choć amerykańska moda na telewizor w salonie, kuchni, sypialni oraz łazience, ostatnio wypierana przez modę na komputery, daje o sobie znać. Za to w Polsce doskonale widać efekty wywalczonej przez rząd zerowej stawki VAT-u na książki. W 2008 roku książkę przeczytał co trzeci Polak! Problem w tym, że w ramach "książek" rozumie się też lektury, podręczniki szkolne, oraz przygłupie poradniki, w stylu "Jak nauczyć chomika jeździć na rowerze". Żeby było jeszcze zabawniej - od przyszłego roku, w ramach promowania czytelnictwa, stawka VAT-u wzrośnie do 7 procent. Dzięki ci, Komisjo Europejska!
Ale istnieje sposób na zachęcenie ludzi do czytania. Zwłaszcza młodych. I nie, nie chodzi o objazdowe biblioteki, ani nic w tym stylu. Właściwie w przebłysku niespotykanego geniuszu prawie na niego wpadł Roman Giertych, ale nie zrobił decydującego kroku, który zapewniłby książkom przetrwanie. A rozwiązanie jest naprawdę banalne. Należy zakazać czytania książek. Proste.
Przypomnijcie sobie księgarnie, gdy Giertych usunął Gombrowicza z listy lektur. Sporo ludzi, sporo książek kupionych, do tego większość to licealiści. Czyli ci, którzy powinni najwięcej czytać. Nie tylko lektur. Macie obraz przed oczami? A teraz pomnóżcie to przez 10. Wrodzona oporność Polaków i buntowniczość młodzieży zrobiła by swoje. Książki zeszłyby do podziemi, ale sprzedawałyby się w olbrzymich nakładach, drukowane lub powielane na marnym papierze, z cienkimi okładkami, wydawane i tłumaczone pod pseudonimami, przekazywane sobie cichaczem, na przystanku, w pubie, w kawiarni lub autobusie, przez przyjaciół, którzy za chwilę będą udawać, że się nie znają, będą rozprowadzane przez księgarzy, którzy będą je przywozić do miast i wsi z narażeniem życia, znajdą cię tajemniczym sposobem, mijając cię niby przypadkiem wsuną książkę do kieszeni kurtki, a ty równie szybko i sprawnie wciśniesz mu w dłoń odliczoną sumę. Ta atmosfera niebezpieczeństwa, wszechobecnej groźby, działałaby doskonale. Zaraz by się okazało, że trzy czwarte Polaków to zagorzali wielbiciele książek - czytanych w ciszy, w zaciemnionym pokoju - co chwile zerkający na drzwi w oczekiwaniu na nieuchronne nadejście policji. A gdy już zapuka, wynoszeni, trzymani pod ramiona przez dwóch funkcjonariuszy, krzyczeliby wywrotowe, antyrządowe hasła o wielkości Keatsa, innowacyjności Prousta, obrazoburstwie pynchonowskiego postmodernizmu. W ciągu dwóch, góra trzech lat od wprowadzenia zakazu, Polacy byliby najbardziej oczytanym narodem na świecie.
Ale to nie koniec. Można by zwiększyć siłę rażenia. Rząd mógłby zorganizować akcje publicznego palenia książek, kilka pokazowych nalotów na nielegalne księgarnie i biblioteki, oraz prywatne zbiory. Media w końcu by się na coś przydały. Transmisja na żywo z wysadzenia Biblioteki Narodowej oraz reportaż z przekształcenia BUW-u w centrum handlowe (uwaga na drastyczne sceny wyrywania książek z rąk krzyczących i płaczących bibliotekarzy) tylko utwierdziłyby Polaków w przekonaniu o konieczności czytania książek. Apele zachodnich przywódców o pomoc dla polskich miłośników lektur, prześladowanych jak wcześni chrześcijanie, wysyłanych do więzień i obozów reedukacji, byłyby już niepotrzebne. Mimo to prezydent Obama zorganizowałby tajny transport książek do Polski, premier Putin z prezydentem Miedwiediewem pozwoliliby na otwarcie polskich drukarni w Moskwie i Petersburgu, a Unia Europejska na nowo otworzyłaby Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa, w której literaccy emigranci odczytywaliby fragmenty XX-wiecznej klasyki.
Prawda, że byłoby o wiele lepiej?

czwartek, 8 kwietnia 2010

Bogactwo ubóstwa

Informacja na stronie Solarisu o wydaniu ostatniej części Trylogii Ciągu Williama Gibsona sprawiła, że znów zacząłem zastanawiać się nad tym, co w Polsce powinno zostać wydane. A co nigdy nie będzie. Wiem, Neuromancera i resztę przetłumaczono już wcześniej, ale krótka notka wywołała skojarzenie z książkami, których w Polsce nie tknięto.
Bo jest tego sporo.
Na dzień dobry można wymienić kilka powieści Charliego Strossa. Wydano Accelerando. W tłumaczeniu jest, lub powinno wkrótce być, Glasshouse - czyli luźna kontynuacja poprzedniej książki. Ale Stross od kilku lat niemal nie schodzi z list autorów nominowanych do najważniejszych nagród, i nie bez powodu, ponieważ napisał wiele innych, dobrych książek. Niedawny Halting State i Saturn's Children, trochę wcześniejsze Singularity Sky i Iron Sunrise. Nie będę ukrywał, że Stross to jeden z moich ulubionych autorów, do tego coraz bardziej w Polsce znany i popularny. Nawet Palikot nie wytłumaczy mi, dlaczego nikt nie zabiera się za jego powieści. I to biorąc pod uwagę, że This is Spar... Znaczy się Polska.
Gdyby problem dotyczył tylko Strossa, nie byłoby tak źle. Prawdziwym problemem jest to, że dotyczy wielu innych autorów.
Ian MacLeod i Ken MacLeod, Robert Charles Wilson, Cory Doctorow, Caitlin R. Kiernan, Cherie Priest, Ian McDonald, Mark Danielewski, Geoff Ryman... Niech mnie krasnoludki, jeśli nie są świetnymi pisarzami. A do tej pory albo pies z kulawą nogą nie zainteresował się nimi, albo ledwo liźnięto ich prace. A mógłbym wymieniać dalej.
Może się mylę, ale widzę trzy powody takiego stanu rzeczy. Można brać pod uwagę osobno, albo zmieszać w szejkerze i przełknąć razem.
Pierwszym jest cały czas trwająca popularność polskiej fantastyki. Nie ma w tym nic złego, tym bardziej, że mamy własnych dobrych autorów, w tym kilku, którzy mogliby rywalizować z najlepszymi zachodnimi - ot, choćby Dukaj, Wegner czy Orbitowski. Nie, żeby było ich wielu, ale są. I to polska fantastyka przyciąga uwagę większości odbiorców, tym samym, siłą rzeczy, odciągając ją od pisarzy zachodnich, poza paroma wyjątkami, jak Pratchett, Weber czy Martin.
Drugim powodem - fakt, że mało kto chce czytać ambitną fantastykę, taką, jak Ślepowidzenie, czy Accelerando, przy których wypadałoby coś wiedzieć o fizyce lub psychologii, albo Lód, przy którym trzeba czasem zwyczajnie pomyśleć. Bo komu chce się myśleć? Ma być łatwo, szybko i przyjemnie, najlepiej z wampirami i Pattinsonem w roli głównej. I z MTV w tle. I z jakimiś szarpidrutami. A na dokładkę panuje przekonanie - cholera, dziwaczne przekonanie w kraju, który wydał Lema, Snerga, Zajdla i Wnuka-Lipińskiego - że fantastyka to literatura dziecięca i młodzieżowa.
Trzecim, zdecydowanie najsmutniejszym i sięgającym najgłębiej, jest żałosny poziom czytelnictwa w Polsce - kraju, w którym tylko co trzeci człowiek przeczytał w 2009 roku książkę, wliczając w to całą gamę idiotycznych poradników i podręczniki szkolne. Poziom czytelnictwa na całym świecie nie jest wybitnie wysoki. Ale nad Wisłą wielbiciel literatury jest skazany na zagładę jak ptak dodo. Bo tak naprawdę nawet wielbicieli powieści Stephenie Meyer jest stosunkowo niewielu. Wielu fanów ma za to MTV - o kilka skali łatwiejsze i szybsze niż jakakolwiek książka. Wychodzi na to, że nawet grupa fanek Zmierzchu to dziś osoby aspirujące do bycia elitą. A po co przejmować się trudniejszymi autorami, po co marnować czas na powieść Pynchona, skoro można obejrzeć kilka filmów, kilkanaście odcinków seriali i parę reality show na dokładkę? W tym świecie, gdy dodatkowo większość, i tak skąpego, miejsca na rynku zajęli polscy pisarze, przestrzeni dla pisarzy zagranicznych jest niewiele. A dla tych ambitnych prawie wcale.
Ot, i dlatego nieprędko przeczytam po polsku Air Rymana, a na House of Leaves Danielewskiego, książkę wydaną przed dekadą, będę musiał poczekać jeszcze kilka miesięcy.
A na razie idę czytać Światło i dziękować, że ktoś M. Johna Harrisona zechciał wydać.