Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 listopada 2013

Red Fang - Whales and Leeches

Mastodon z Oregonu. Zanim przesłuchałem Whales and Leeches znalazłem taki opis Red Fang. Niestety, Red Fang zderzenie z rzeczywistością zalicza równie udane, jak Titanic z górą lodową.

Złożone kompozycje, wielokrotne zmiany rytmu, granie niczym podłączeni do wysokiego napięcia King Crimson... Niby tak. Niby wszystko tu jest. Ale...

Tym, co w muzyce Mastodona jest najpiękniejsze, jest niezwykła pomysłowość, nieprzebrane bogactwo rytmów i riffów, których nie powstydziliby się sami Carl Palmer i Steve Howe. Troy Sanders, Brann Dailor i reszta kapeli mają niezwykłą wyobraźnię i wyczucie muzyczne. Coś, czego brakuje Red Fang.

Zmiany rytmu i melodii są, ale co z tego, skoro wszystkie bardzo podobne i - po chwili - nużące. Jednocześnie w dążeniu do stworzenia złożonych utworów zatraca się energia muzyki. A energia, żywiołowość to coś, czego nie można wyciąć z rocka i metalu. Bez tego - w Whales and Leeches szybko wkrada się nuda.

Bardzo przeciętna to płyta. Red Fang brakuje kłów, żeby porządnie ugryźć.

2/5

czwartek, 7 lipca 2011

Seasick Steve - You Can’t Teach an Old Dog New Tricks

Stary pies nigdy nie jest za stary na zostanie gwiazdą.
Seasick Steve, stary wagabunda, który zadebiutował po sześćdziesiątce, ma więcej pomysłów, umiejętności i jaj niż większość młodych gwiazdorów. Jego blues nie jest nowatorski. Nie śpiewa o wielkich sprawach - opowiada o swoim życiu. W jego gitarze może brakować strun. Ale słucha się go wspaniale.
Wystarczy przez chwilę posłuchać elektryzującego Burnin’ Up, energicznego Back in the Dog House lub otwierającego album, lirycznego Treasures - i nie będzie ucieczki. Stary włóczęga wciągnie w swój bluesowy świat, w którym mieszkają obok siebie najlepsi bluesmani. Można szukać podobieństw, nawiązań i zapożyczeń. Ale tak naprawdę - po co?
Kilka lat temu potrzeba było BBC, żeby go zaprezentować światu. Czterdzieści lat temu Seasick byłby wielką gwiazdą. Współpracownikiem Johna Mayalla, przyjacielem Erica Claptona? Może. Do You Can’t Teach... przyciągnął Johna Paula Jonesa. Jest człowiekiem z innych czasów. Swoją energicznością i naturalnością natychmiast zdobywa sympatię. Jest inny niż współczesne gwiazdy.
I tak naprawdę nie jest stary. Mimo siedemdziesiątki na karku on i jego muzyka - są młodzi.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Thomas Pynchon - Inherent Vice

Los Angeles, zima pod koniec 69 lyb na początku 70 roku. W biurze Larry’ego “Doca” Sportello pojawia się niespodziewanie jego była dziewczyna, Shasta Fay. Prosi go o pomoc w ochronie kochanka - miliardera i potentata budownictwa, Mickeya Wolfmanna, przeciw któremu spiskują podobno Pani Wolfmann i jej kochanek. Wkrótce potem do biura Doca przychodzi Tariq Khalil, żołnierz Czarnych Panter, który zleca Sportello odnalezienie Glena Charlocka, neonazisty, z którym prowadził interesy. Zupełnym przypadkiem Charlock należy do grupy motocyklistów ochraniających Wolfmanna.
Natychmiast, gdy Doc zjawia się w miejscu, w którym przebywa Wolfmann, ktoś pozbawia go przytomności. Po ocknięciu stwierdza, że Charlock nie żyje, Wolfmann i Shasta zaginęli, a sam znalazł się w towarzystwie wrednego i mającego wobec Doca plany detektywa LAPD.
Przez sentymentalizm i ciekastwo Doc Sportello znalazł się w samym środku intrygi, w którą zamieszani są jego była dziewczyna, kalifornijski miliarder, dwaj neonaziści, ścigany przez agentów FBI żołnierz Czarnych Panter, uzależniony od bananów w czekoladzie policjant, wykorzystujący Doca jako przynętę i przykrywkę dla własnych planów, płatny morderca i lichwiarz w jednym, niezupełnie martwy i niezupełne zaginiony były saksofonista rockowego zespołu, tajemnicza organizacja nazywająca się “Złoty Kieł”, grupa pierwszych w świecie hakerów i całe zastępy wielbicieli trawki i surfingu.
Powieść Pynchona to przede wszystkim prześwietna zabawa z tradycją czarnego kryminału. Osadzona w mieście detektywów, Los Angeles, ale przeniesiona w czasy Lata Miłości. Sportello - uzależniony od marihuany prywatny detektyw i hipis - jest pokręconym odpowiednikiem Marlowe’a - równie niezależnym i wiernym swoim zasadom, a jednocześnie równie podatnym na kłopoty. Trafia w intrygę, która go przerasta, pełną sprzecznych, politycznych, biznesowych i społecznych interesów, a mimo to, uparty, brnie w nią do końca, mimo, że wokół giną kolejne osoby, a sam porusza się po omacku, pchany przez własną ciekawość i plany detektywa Bjornsena, który jest na prywatnej krucjacie. Zarazem Doc różni się od Marlowe’a i wielu innych detektywów. Jest częścią hipisowskiej i surferskiej społeczności. Żyje otaczającym go światem, jest jego nieodłączną częścią i uczestnikiem, a nie outsiderem.
Jednocześnie Inherent Vice jest hołdem złożonym szalonym latom 60. Naiwność, idealizm i niewinność Sportello i jego znajomych zderzają się ze światem biznesu, policji i polityki. Pojawiły się już rysy, których nikt nie wymaże - napaść gangu Mansona, będąca zapowiedzią końca epoki hipisów, polityka Nixona i Reagana, przekształcająca Stany Zjednoczone, pierwsze komputery i sieci komputerowe, które odmienią świat na zawsze - upowszechnią informację, a zarazem zagrożą wolności.
Inherent Vice jest lżejsza od większości powieści Pynchona. Jest zabawą - unoszącym się w oparach absurdu i trawki hołdem latom 60. i tradycji Chandlera i Hammetta. Zaznaczony konflikt wartości zbliża książkę Pynchona do kryminałów europejskich, nie wyrywając jej jednocześnie z ram amerykańskiego czarnego kryminału. Inherent Vice nie jest książką tak nowatorską jak “Związek żydowskich policjantów” Chabona (które zarazem jeszcze silniej i jawniej odwołuje się do Chandlera), ale cały czas jest przyjemną i szaloną zabawą.

Michał J Adamczyk

wtorek, 31 maja 2011

Grails - Deep Politics

Przez lata Grails funkcjonowali balansując między awangardą a hard rockiem. Ich muzyka zawsze zawierała elementy muzyki filmowej - styl czerpiący z utworów Enio Morricone. Deep Politics żegluje w tym samym kierunku. A jednocześnie brzmienie Grails zdaje się jeszcze cięższe, tak wielowarstwowe, że aż ciężkie - a przy tym delikatne, liryczne, piękne. Otwierający płytę Future Primitive wyznacza nastrój albumu, do którego nawiązują kolejne utwory. W tytułowym Deep Politics fortepian i instrumenty smyczkowe tworzą tło, delikatną teksturę, w którą wkraczają niepokojące dźwięki gitar - akustycznej i elektrycznej, tworzących wraz z perkusją crescendo, które narasta, aż w szczytowym momencie napięcie opada i, jak po burzy, powracają spokojne smyczki i fortepian. Almost Grew My Hair rozpoczyna rozmowa dwóch gitar, akustycznej i elektrycznej, w której można znaleźć nawiązania do pierwszych płyt Black Sabbath, z czasem coraz głośniejsza, przeradzająca się w gitarowe eksperymenty niczym z In the Court of the Crimson King czy Larks’ Tongues in Aspic. I Led Three Lives rozpoczyna się niczym utwory Floydów z Dark Side of the Moon, od kakofonii, która powoli przeradza się z chaosu w rytm, który narasta w miarę, jak dołączają do niego kolejne elementy - bas, melotron, pierwsza i druga gitara, perkusja - do momentu, w którym wszystko znów zamienia się w wielowarstwowy chaos dźwięków, po czym natychmiast opada, żeby powtórzyć schemat, tylko jeszcze głośniej, pozwalając zdominować rytm perkusji i gitarom.
Grails stworzyli fantastyczną płytę. Wędrują między stylami muzycznymi, świadomie nawiązując do klasyki muzyki filmowej i progresywnej, flirtując jednocześnie z hard rockiem. Nie tworzą przy tym nowej jakości w muzyce, ale splatają różne motywy na tyle dobrze, że Deep Politics można nazwać jedną z najlepszych prog-rockowych płyt ostatniej dekady.

wtorek, 22 marca 2011

Mastodon - Live at Aragon

Od czasu, gdy w 2009 roku Mastodon przebił się do szerszej publiczności płytą “Crack the Skye” i zaczął aspirować do statusu gwiazd metalu, z niecierpliwością oczekiwano następnej płyty zespołu z Atlanty. Muzycy zapowiedzieli niedawno, że prace nad nowym albumem studyjnym trwają od jakiegoś czasu, a tymczasem fani dostali do rączek pierwszą płytę koncertową.
“Live at Aragon” w całości nagrano w październiku 2009 roku, podczas koncertu w Aragon Ballroom w Chicago. Jak oświadczył zespół, koncert ten miał ukazać się na płycie bez względu na to, jak wypadnie. Czyli albo ośmieszą się, albo dadzą olśniewający pokaz kunsztu muzycznego. Efektem jest koncert bardzo nierówny, pokazujący umiejętności muzyków, ale także obnażający boleśnie ich braki.
Na nagraniu brakuje niespodzianek. Jest to właściwie “Crack the Skye”, zagrana nuta w nutę i prawie bez improwizacji, z dodanymi na koniec kilkoma utworami z poprzednich płyt Mastodona, oraz coverem “The Bit” zespołu The Melvins. Nie należy jednak uważać tego za wadę. Sama muzyka jest tu na najwyższym poziomie, a kompozycje są imponujące. Jest pokazem tego, że muzycy nie muszą odwoływać się do sztuczek studyjnych, żeby osiągnąć brzmienie przypominające skrzyżowanie tempa i agresji Metalliki z progrockowymi inspiracjami, zaczerpniętymi od Yes czy King Crimson.
Najpoważniejszym problemem są wokale. Na żywo duet wokalistów Hinds/Sanders bardzo odstaje od wersji studyjnej. Rzadko kiedy trafiają we właściwą nutę i długimi momentami ich nieporadność razi i psuje przyjemność ze słuchania, tym bardziej, że gra ich głosów jest ważna dla odbioru całości.
Efektem jest płyta, którą Mastodon nie skompromitował się, ale też nie dołączy dzięki niej do zespołów uznawanych za najlepiej grające na żywo. Gwiazdy tegorocznego Sonisphere pokazują, że są niezwykle sprawnymi artystami, ale do dorównania największym jeszcze trochę im brakuje.
Choć może wokaliści mieli po prostu słabszy dzień.

Michał Adamczyk

piątek, 12 listopada 2010

Olaf Stapledon - "Star Maker"

Dlaczego Star Makera nigdy nie wydano w Polsce? Cenzorom w Polsce Ludowej nie mógł się podobać. Ale to, że większości powieści Stapledona, na czele ze Star Makerem i Last and First Man (której zaledwie fragment trafił do antologii "Droga do science fiction"), nie wydano do tej pory, może dziwić i smucić. W ten sposób Polacy praktycznie nie znają jednego z najważniejszych twórców w historii fantastyki.
Powieść jest historią wielkiej, psychicznej podróży pojedynczego człowieka, Anglika, przez historię i przestrzeń Wszechświata, a zwłaszcza Drogi Mlecznej od jej powstania, do zgaśnięcia wszystkich gwiazd. Z początku wspomnienia ze spotkania z jednym, przypominającym człowieka gatunkiem, zmieniają się. W miarę, jak "Ja" bohatera rozrasta się o dołączające do jego podróży duchy przedstawicieli innych gatunków, tym samym zwiększając jego wyobraźnię i zdolności poznawcze, jest w stanie znajdywać inteligentne gatunki coraz bardziej różniące się od człowieka - nie tylko fizycznie, ale zwłaszcza psychicznie. A w końcu wziąć udział w największym dziele Wszechświata, ostatecznym celu, jaki postawiły przed sobą wszystkie inteligentne istoty.
Trwająca eony - a jednocześnie będąca krótkim snem - epicka podróż, zdumiewa. Mimo upływu wielu lat, mimo, że niektóre pomysły wydają się dzisiaj śmieszne, a fizyczne opisy wszechświata okazały się błędne, nie ujmuje to niczego Star Makerowi. Ponieważ o wspaniałości tej powieści decyduje niezmierzone bogactwo pomysłów, niezwykłość przedstawionych światów, różnorodność psychiczna i filozoficzna wszystkich istot, jakie spotyka Anglik. Stapledon, jako jeden z pierwszych, opisywał modyfikacje genetyczne, terraformacje, wirtualną rzeczywistość. A to zaledwie początek.
Bo najwspanialsze w tej powieści jest to, że można odczytywać ją na wiele sposobów. Jest to nie tylko historia Anglika, który przypadkowo, wyrwany ze swojego ciała, doświadczył największej podróży w ludzkiej historii. Star Makera można też odczytywać jako zabawę filozoficzno-teologiczną, próbę odkrycia i zrozumienia Twórcy Światów, którego obecność inteligentne istoty z czasem coraz silniej zaczynają przeczuwać. A także, a być może przede wszystkim, odbicie historii ludzi w przeddzień II wojny światowej, przewidywanie nieuchronnej wojny, która wydaje się cały czas zaprzątać myśli Stapledona, zmagań między wolnością i kreatywnością, a zniewoleniem i destruktywnością, które obecne na Ziemi, znajdują swoje odbicie w każdym świecie, do którego trafia Anglik. I choć najłatwiej mroczną, zwierzęcą naturę istot przyrównać do ideologii nazistowskiej, idealnie pasuje także do stalinizmu. PRL-owscy cenzorzy z pewnością nie mogli tego znieść.
Ale dlaczego nie znoszą tego współcześni wydawcy? Uważają, że książka jest zbyt ambitna i trudna dla dzisiejszego czytelnika? Sądzą, że nie opłaci się finansowo? A może nie wiedzą o jej istnieniu i znaczeniu? Nieważne jaki jest powód, ważne, że tracimy dużo. Tracimy powieść człowieka, którego twórczość była podziwiana przez Virginię Woolf, Doris Lessing i Winstona Churchilla, który przyjaźnił się i sprzeczał z C.S. Lewisem, którego pomysły zainspirowały między innymi Arthura C. Clarke'a i Briana Aldissa. A dla nas, przede wszystkim, Stanisława Lema.

sobota, 17 lipca 2010

David Weber - Mission of Honor

W trakcie tworzenia cyklu tak długiego jak Honorverse David Weber zmieniał ją kilkukrotnie. Pierwsza część mogła przypominać trochę Das Boot. Koncentrowała się na bohaterce, jednym okręcie i tym, co się na nim dzieje, czasem dodawała punkt widzenia paru co istotniejszych postaci. Z czasem, i awansami Honor, stawała się coraz bardziej political fiction. I gdzieś po drodze wdarły się wątki obyczajowe, poprowadzone z wrodzoną wdzięcznością i delikatnością Mike'a Tysona. Nie dość, że zajmowały dużo miejsca - większość Wojny Honor, na ten przykład - to były mniej więcej tak samo interesujące, jak posiedzenie budżetowe Sejmu. Ale potem Weber postanowił powrócić do tego, co znane i (bardziej) lubiane. Najpierw, w "Cieniu Saganami", bohaterem ponownie uczynił załogę pojedynczego okrętu, w stylu przypominającym "Honor Królowej", a teraz wraca do mieszanki military fiction i political fiction, bez zbędnych dodatków.
I dobrze.
Każdy, kto przeczytał "Zarzewie wojny" i Torch of Freedom wie, dokąd od dłuższego czasu zmierzała historia Honorverse. Każdy, kto ich nie przeczytał, a zna poprzednie części serii, też. Po wyniszczającej bitwie o Manticore Imperium znalazło się na kursie kolizyjnym z wszechpotężną Ligą Solarną. Wydarzenia w Gromadzie Talbott sprawiają, że mieszkańcy Ligi coraz mniej przychylnie patrzą na Imperium Manticore. Akcja w Gromadzie rozwija się coraz szybciej, a jednocześnie dochodzi do innych, nieprzyjemnych dla Manticore wydarzeń, którym coraz większego pędu nadają działania Mesy. Znajdując się coraz bliżej otwartej wojny z Ligą królowa nie może pozwolić, żeby Manticore znalazło się w sytuacji, gdy walczy jednocześnie z największą flotą znanej galaktyki i Haven. Dlatego wysyła do Nowego Paryża, stolicy Haven, Honor Harrington z zadaniem przywiezienia porozumienia pokojowego. Ale o owo porozumienie też nie będzie łatwo. Tymczasem Mesa jest coraz bliżej realizacji swoich planów.
Weber może nie jest genialnym pisarzem, a jego książki przypominają ostatnio coraz bardziej marzenie grafomana. Ale tym razem, po małej przerwie, pokazał, w czym naprawdę jest dobry - w budowaniu napięcia w odpowiednich momentach. Każdy fan Honorverse mógłby nie tylko nakreślić jak będzie toczyć się akcja Mission of Honor, ale też przewidzieć, jak przebiegną wydarzenia następnych części (wielu części, tego można być pewnym). Ale wszystko to zupełnie nie przeszkadza. Weber ma talent do przedstawiania w jaki sposób powstają decyzje polityczne - które zajmują większość powieści - tak że czyta się je po prostu dobrze. I dobrze zna historię. Zbliżanie się wojny z Ligą Solarną przypomina bezwład dyplomatyczny, który poprzedził I wojnę światową. Choć ta wcale nie musiała wybuchnąć.
Tym razem nie ma za to dużo strzelania. Mamy tylko jedną bitwę, do tego umieszczoną w samym środku książki, nie jak zazwyczaj - na końcu. Oraz jeszcze jedno spore wydarzenia, nawet większe niż bitwa o Manticore, ale z nieco innego gatunku. A zamiast finałowej bitwy mamy wydarzenie, na które wiele osób śledzących historię Honor od dawna czekało. I raczej ich nie zawiedzie.
I mamy też jeden zgrzyt. Bo plany jednego z antagonistów zdają się nieco... naiwne i nierealne, jakby układała je grupa brodaczy w okularach o trzeciej nad ranem, mając deadline nad głową. A że plany to dość ważne... Ale mogą niektórym się spodobać. Zwłaszcza zwolennikom "Kodu Leonarda...".
Mimo to Mission of Honor jest dobrą książką. Zaczynałem powoli wątpić w Honorverse i podchodziłem do niej ostrożnie. Weber zdawał się zjadać własny ogon. W Mission... nie odkrył niczego nowego. Nie zmienił też drastycznie sposobu pisania. Wiadomo, w jakim kierunku zmierzają wydarzenia. A mimo to perspektywa nowych wyzwań postawionych przed Honor Harrington i zrezygnowanie z paru zbędnych i irytujących pomysłów, których Weber nadużywał w poprzednich częściach, pomogło. Znów z niecierpliwością będę czekał na następne tomy.


David Weber, Mission of Honor, Baen Books, Riverdale 2010.