Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 marca 2014

Polakus non-literatus

Czytam i słucham dyskusji o poziomie czytelnictwa w Polsce i zdaję sobie sprawę, że istnieją różne powody tak fatalnych statystyk. Przyczynia się szkoła, która chyba częściej zraża do czytania, niż pomaga wyrobić nawyk sięgania po lekturę. Przyczynia się polskie społeczeństwo, w którym także nie ma tego nawyku - cierpią na tym książki, ale także gazety, które podupadają szybciej, niż ich zachodnie odpowiedniki. Przyczynia się rodzina, ponieważ często dzieciom nie czyta się, łatwiej jest przecież włączyć telewizor z bajkami. Wina rodziców? Tak, choć można ich częściowo usprawiedliwiać tym, że zapewne zapierniczają ciężko przez wiele godzin dziennie i nie zawsze znajdują czas na lekturę dla dziecka. Choć czasem na pewno by mogli. W końcu - wina sytuacji ekonomicznej i rynku. Dla Polaka, który wg statystyk (a podobno są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, bezczelne kłamstwa i statystyki) zarabia przeciętnie około 3000 zł, wydatek 40-50 zł na książkę jest stosunkowo poważniejszym wydatkiem, niż wydatek 5-10 funtów na książkę w Anglii, gdzie średnie zarobki to około 2200 funtów miesięcznie. Cena książki jest porównywalna. Zarobki mieszkańców nie. Pominąłem coś? Zapewne.

Szczerze mówiąc nie wiem, czy jest jakiś sposób, aby drastycznie zwiększyć sprzedaż książek. Obniżenie cen - owszem. Mógłby przyczynić się do tego rząd. A gdyby książki zaczęły lepiej się sprzedawać, może także wydawcom udałoby się obniżyć nieco ceny. Być może Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa pomoże trochę, ale nie sądzę, aby pomógł bardzo. Ale czy dzięki ewentualnej obniżce cen zacznie czytać więcej Polaków, czy też Polacy, którzy i tak kupują książki, kupią ich trochę więcej?

Być może więcej dałoby się zdziałać w szkołach? Zmienić listę lektur, usunąć z niej nadmiar romantyzmu i martyrologii, zamiast nich dać inne książki - nie znaczy to, że inne książki będą bardziej literacko wartościowe, ale może... bardziej współczesne? Bardziej zróżnicowane? Zamiast kilkukrotnego analizowania poezji Mickiewicza i Słowackiego - może zaprezentować uczniom literaturę faktu? Współczesny kryminał? Choćby odrobinę współczesnej beletrystyki? Albo po prostu - cokolwiek współczesnego. Lista lektur urywa się właściwie na 1945 roku.

A może są inne sposoby? Nawet jeśli są, czy uda się je wprowadzić? Czy cokolwiek zmienią?

Mam bardzo poważne wątpliwości.

poniedziałek, 10 maja 2010

Wampiry et consortes

Osiągnęliśmy apogeum.
Cały pierwszy kwartał był dla wydawców książek Stalingradem. Sprzedaż poszła w dół, każdy liczący się wydawca i sprzedawca mówi o stratach. Ale nie wszystko pikuje. Są książki, które cały czas przynoszą zyski, ba, przynoszą ich coraz więcej, więc coraz więcej się ich wydaje. Wampiry i wilkołaki zawładnęły światem. A dokładniej - zawładnęły światem nastolatek marzących o mrocznym kochanku, lekkim dreszczyku i mających w portfelach całe zasoby pieniężne rezerwy federalnej.
- A gdzie to apogeum? - zapyta ktoś.
Apogeum to sześćdziesiąt romansów z wampirami, wilkołakami i chudymi (albo dobrze wyposażonymi) nastolatkami w roli głównej w ciągu najbliższych sześćdziesięciu dni.
Nie wiem, co takiego jest w sześćdziesięciu identycznych romansach, żeby ktokolwiek chętnie je kupował. Może działa tu jakiś przekaz podprogowy, którego nie wyłapuję. Albo trzynastolatki, w przeciwieństwie do reszty ludzkości, niczym nie różnią się od owiec, tudzież lemingów. Bo w zasuszonym dwustulatku z przerośniętymi zębami nie ma nic porywającego, a gdy ktoś wspomni o wilkołaku myślę o plastrach do depilacji i obroży przeciwpchelnej. Może to właśnie przyciąga trzynastolatki?
- Zawsze marzyłam o owłosionym facecie, którego będę mogła iskać.
- Oto szampon przeciw pchłom i kleszczom oraz kaganiec.
- Po co?
- Żeby nie szczekał po nocach.
Ale daje to do myślenia. Może pisarze "poważnej fantastyki" w Polsce i na świecie powinni jeszcze raz usiąść nad konspektami swoich książek. Dodaj wampira lub pchlarza i z 2500 sprzedanych książek masz 7500. Dwa wampiry podwajają rezultat. Target zwiększa się w postępie geometrycznym wraz z ilością szczerzących się anorektyków.
W ten sposób "Lód" Dukaja natychmiast stałby się komercyjnym sukcesem na miarę "Zmierzchu". Wystarczyłoby, gdyby autor przemyślał sprawę i uznał, że Benedykt Gierosławski będzie wampirem. Reszta już tam jest. Serio. W książce już jest nazbyt chuda panienka, a Tesla mógłby odegrać rolę Abrahama Van Helsinga. Doskonale się do tego nadaje. A George R.R. Martin mógłby przerobić "Pieśń lodu i ognia". Starkowie są szlachetnymi, niezrozumiałymi wilkołakami z północy, rywalizującymi o władzę z Lannisterami, wyniosłymi, przebiegłymi wampirami, których o wampiryzm nie podejrzewa żaden trzeźwy człowiek w królestwie. Mamy też księżniczkę, Daenerys Targaryen, która ma smoki i może ewentualnie hajtnąć się z jednymi lub drugimi. A na dokładkę Baratheonowie, którzy ogniem i mieczem chcą pogodzić wszystkich, oraz banda zombie z północy. Murowany przebój i Hollywood wykupuje licencję na film (a nie jakiś marny serial) w którym mógłby wystąpić Robert Pattinson.
Nie musielibyśmy kończyć na nowych książkach. Spokojnie można poprawić też klasykę. Zawsze uważałem, że Kmicic ma w sobie coś z wilkołaka. Wystarczy tylko podkreślić pewne cechy jego osobowości i dodać bujne owłosienie w miejscach intymnych i na plecach. I kto bardziej niż Makbet z żoną pasuje na władcę ciemności?
A książki byłyby dopiero wstępem. Dzięki wampirom cały świat mógłby wyjść z kryzysu. Wystarczy, że reklamodawcy trochę pomyślą i zachęcając do kupna samochodu lub wzięcia kredytu obiecają dodanie wyjątkowej kukły krwiopijcy. W końcu żaden rodzic nie oprze się żądaniu nastolatki chcącej mieć wampira w domu i w końcu pójdzie, dla świętego spokoju, załatwić pożyczkę na nowy dom wraz z manekinem o twarzy Pattinsona.

piątek, 30 kwietnia 2010

Book Wars, epizod I

   Za dwa tygodnie targi książki. Konkretnie - Warszawskie Targi Książki. Pierwsze. Bo te tradycyjne - Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie, już 55 - dopiero za trzy tygodnie. Szykuje się w Warszawie miesiąc z książkami.
   I wszystko byłoby śliczne i lśniące, gdyby nie to, że nową imprezę zaplanowano w taki sposób, aby odebrała gości starej. Nie wiem, jakie są tego przyczyny. Być może organizatorzy nowych targów w ogóle nie przyznaliby się, że chcą konkurować ze starymi. Być może rzeczywiście jest to przypadek. Ale ciężko w to uwierzyć, patrząc na terminy.
W ten sposób może okazać się, że i jedne i drugie targi nie będą tak okazałe, jak planowano. Wystarczy pomyśleć i spojrzeć na listę gości. Na Warszawskich Targach będzie Olesiejuk. Na Międzynarodowych - nie. Na pierwszych będzie Zysk i S-ka i Wydawnictwo Literackie. Na drugich nie. Na pierwszych będzie Rebis, na drugich nie. A z bliższych mi klimatów na pierwsze warszawskie, za Olesiejukiem, przyjdą MAG i Fabryka Słów, które, patrząc na listy wystawców, wypięły się na MTK.
   Wielu spośród największych wydawców w Polsce zrezygnowało z Międzynarodowych Targów Książki. Jest to niby zrozumiałe. Koszty związane z targami wcale nie muszą być małe. Ale wygląda to tak, jakby wszyscy postanowili nagle ugryźć w tyłek starego organizatora. Na pewno przedstawiciele wielkich wydawców powiedzieli: "Nie, nie przyjdziemy. Ale nie martwcie się, macie przecież wydawnictwo Yurincominter. Albo Ukrvydavpoligrafija. Oraz parę innych z trudnymi do wymówienia nazwami. Na pewno przyciągną tłumy. Jesteśmy przekonani, że książki Beijing Xian Zhi Xian Xing Books Publishing Co., Ltd. China będą hitem i szczerze zazdrościmy wam tego wystawcy. Cokolwiek to jest."
   Przez ten podział przyszłość targów może skończyć się niefajnie. Ani jedne ani drugie mogą nie przyciągnąć dość zwiedzających, żeby się opłacało. Mam poważne obawy, czy cały ten nowy pomysł nie skończy się spuszczeniem obu imprez wraz z zawartością toalety.
   Dlatego mam dla wystawców propozycję. Zamiast organizować targi tydzień po tygodniu zróbcie jedne w maju, drugie we wrześniu. Będzie fajniej, będzie symetrycznie, a wystawcy i autorzy będą mogli przyjechać na obie imprezy, zamiast przez półtora tygodnia siedzieć na tyłkach w Warszawie. I zainteresują więcej ludzi.
   A Beijing Xian Zhi Xian Xing Books mogą przyjechać na jedne i drugie.

środa, 21 kwietnia 2010

Wycinki z Pynchona, cz. 1

Świnia najlepszym jest towarzyszem,
Czy będzie to dzik, maciora czy knur,
Świnia to kumpel, co odwagi ci doda,
Choćbyś na szyi miał sznur.
Kiedy wyprą się ciebie, okpią, okradną,
Gdy za całe zło cię obwinią,
Choć mącą ci w głowie torysi, wigowie,
Nigdy nie zginiesz ze świnią,
Nigdy nie zginiesz ze świnią!

Thomas Pynchon, Tęcza grawitacji, Warszawa 2001, s. 453.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Guerilla Books

Jak się czujecie z mikroskopijną skalą czytelnictwa w Polsce?
Bo ja nie za dobrze. Od jakiegoś czasu przebąkuje się, że jest niskie. Mówią o tym wydawcy, z którymi rozmawiałem, mówią pisarze, redaktorzy, co bardziej obeznani czytelnicy... A tych, wbrew pozorom, ostało się jeszcze parę. Jak niedźwiedzi polarnych. Greenpisowcy powinni nas wziąć pod ochronę i ratować nasze środowisko naturalne - biblioteki, czytelnie i księgarnie. W końcu by się na coś przydali.
Od jakiegoś czasu rządy starają się z tym walczyć. Efekt tego jest znakomity. Podatek VAT na książki w całej Europie, poza trzema krajami - Wielką Brytanią, Irlandią i Polską. Na Wyspach jeszcze jako tako ujdzie, choć amerykańska moda na telewizor w salonie, kuchni, sypialni oraz łazience, ostatnio wypierana przez modę na komputery, daje o sobie znać. Za to w Polsce doskonale widać efekty wywalczonej przez rząd zerowej stawki VAT-u na książki. W 2008 roku książkę przeczytał co trzeci Polak! Problem w tym, że w ramach "książek" rozumie się też lektury, podręczniki szkolne, oraz przygłupie poradniki, w stylu "Jak nauczyć chomika jeździć na rowerze". Żeby było jeszcze zabawniej - od przyszłego roku, w ramach promowania czytelnictwa, stawka VAT-u wzrośnie do 7 procent. Dzięki ci, Komisjo Europejska!
Ale istnieje sposób na zachęcenie ludzi do czytania. Zwłaszcza młodych. I nie, nie chodzi o objazdowe biblioteki, ani nic w tym stylu. Właściwie w przebłysku niespotykanego geniuszu prawie na niego wpadł Roman Giertych, ale nie zrobił decydującego kroku, który zapewniłby książkom przetrwanie. A rozwiązanie jest naprawdę banalne. Należy zakazać czytania książek. Proste.
Przypomnijcie sobie księgarnie, gdy Giertych usunął Gombrowicza z listy lektur. Sporo ludzi, sporo książek kupionych, do tego większość to licealiści. Czyli ci, którzy powinni najwięcej czytać. Nie tylko lektur. Macie obraz przed oczami? A teraz pomnóżcie to przez 10. Wrodzona oporność Polaków i buntowniczość młodzieży zrobiła by swoje. Książki zeszłyby do podziemi, ale sprzedawałyby się w olbrzymich nakładach, drukowane lub powielane na marnym papierze, z cienkimi okładkami, wydawane i tłumaczone pod pseudonimami, przekazywane sobie cichaczem, na przystanku, w pubie, w kawiarni lub autobusie, przez przyjaciół, którzy za chwilę będą udawać, że się nie znają, będą rozprowadzane przez księgarzy, którzy będą je przywozić do miast i wsi z narażeniem życia, znajdą cię tajemniczym sposobem, mijając cię niby przypadkiem wsuną książkę do kieszeni kurtki, a ty równie szybko i sprawnie wciśniesz mu w dłoń odliczoną sumę. Ta atmosfera niebezpieczeństwa, wszechobecnej groźby, działałaby doskonale. Zaraz by się okazało, że trzy czwarte Polaków to zagorzali wielbiciele książek - czytanych w ciszy, w zaciemnionym pokoju - co chwile zerkający na drzwi w oczekiwaniu na nieuchronne nadejście policji. A gdy już zapuka, wynoszeni, trzymani pod ramiona przez dwóch funkcjonariuszy, krzyczeliby wywrotowe, antyrządowe hasła o wielkości Keatsa, innowacyjności Prousta, obrazoburstwie pynchonowskiego postmodernizmu. W ciągu dwóch, góra trzech lat od wprowadzenia zakazu, Polacy byliby najbardziej oczytanym narodem na świecie.
Ale to nie koniec. Można by zwiększyć siłę rażenia. Rząd mógłby zorganizować akcje publicznego palenia książek, kilka pokazowych nalotów na nielegalne księgarnie i biblioteki, oraz prywatne zbiory. Media w końcu by się na coś przydały. Transmisja na żywo z wysadzenia Biblioteki Narodowej oraz reportaż z przekształcenia BUW-u w centrum handlowe (uwaga na drastyczne sceny wyrywania książek z rąk krzyczących i płaczących bibliotekarzy) tylko utwierdziłyby Polaków w przekonaniu o konieczności czytania książek. Apele zachodnich przywódców o pomoc dla polskich miłośników lektur, prześladowanych jak wcześni chrześcijanie, wysyłanych do więzień i obozów reedukacji, byłyby już niepotrzebne. Mimo to prezydent Obama zorganizowałby tajny transport książek do Polski, premier Putin z prezydentem Miedwiediewem pozwoliliby na otwarcie polskich drukarni w Moskwie i Petersburgu, a Unia Europejska na nowo otworzyłaby Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa, w której literaccy emigranci odczytywaliby fragmenty XX-wiecznej klasyki.
Prawda, że byłoby o wiele lepiej?

czwartek, 8 kwietnia 2010

Bogactwo ubóstwa

Informacja na stronie Solarisu o wydaniu ostatniej części Trylogii Ciągu Williama Gibsona sprawiła, że znów zacząłem zastanawiać się nad tym, co w Polsce powinno zostać wydane. A co nigdy nie będzie. Wiem, Neuromancera i resztę przetłumaczono już wcześniej, ale krótka notka wywołała skojarzenie z książkami, których w Polsce nie tknięto.
Bo jest tego sporo.
Na dzień dobry można wymienić kilka powieści Charliego Strossa. Wydano Accelerando. W tłumaczeniu jest, lub powinno wkrótce być, Glasshouse - czyli luźna kontynuacja poprzedniej książki. Ale Stross od kilku lat niemal nie schodzi z list autorów nominowanych do najważniejszych nagród, i nie bez powodu, ponieważ napisał wiele innych, dobrych książek. Niedawny Halting State i Saturn's Children, trochę wcześniejsze Singularity Sky i Iron Sunrise. Nie będę ukrywał, że Stross to jeden z moich ulubionych autorów, do tego coraz bardziej w Polsce znany i popularny. Nawet Palikot nie wytłumaczy mi, dlaczego nikt nie zabiera się za jego powieści. I to biorąc pod uwagę, że This is Spar... Znaczy się Polska.
Gdyby problem dotyczył tylko Strossa, nie byłoby tak źle. Prawdziwym problemem jest to, że dotyczy wielu innych autorów.
Ian MacLeod i Ken MacLeod, Robert Charles Wilson, Cory Doctorow, Caitlin R. Kiernan, Cherie Priest, Ian McDonald, Mark Danielewski, Geoff Ryman... Niech mnie krasnoludki, jeśli nie są świetnymi pisarzami. A do tej pory albo pies z kulawą nogą nie zainteresował się nimi, albo ledwo liźnięto ich prace. A mógłbym wymieniać dalej.
Może się mylę, ale widzę trzy powody takiego stanu rzeczy. Można brać pod uwagę osobno, albo zmieszać w szejkerze i przełknąć razem.
Pierwszym jest cały czas trwająca popularność polskiej fantastyki. Nie ma w tym nic złego, tym bardziej, że mamy własnych dobrych autorów, w tym kilku, którzy mogliby rywalizować z najlepszymi zachodnimi - ot, choćby Dukaj, Wegner czy Orbitowski. Nie, żeby było ich wielu, ale są. I to polska fantastyka przyciąga uwagę większości odbiorców, tym samym, siłą rzeczy, odciągając ją od pisarzy zachodnich, poza paroma wyjątkami, jak Pratchett, Weber czy Martin.
Drugim powodem - fakt, że mało kto chce czytać ambitną fantastykę, taką, jak Ślepowidzenie, czy Accelerando, przy których wypadałoby coś wiedzieć o fizyce lub psychologii, albo Lód, przy którym trzeba czasem zwyczajnie pomyśleć. Bo komu chce się myśleć? Ma być łatwo, szybko i przyjemnie, najlepiej z wampirami i Pattinsonem w roli głównej. I z MTV w tle. I z jakimiś szarpidrutami. A na dokładkę panuje przekonanie - cholera, dziwaczne przekonanie w kraju, który wydał Lema, Snerga, Zajdla i Wnuka-Lipińskiego - że fantastyka to literatura dziecięca i młodzieżowa.
Trzecim, zdecydowanie najsmutniejszym i sięgającym najgłębiej, jest żałosny poziom czytelnictwa w Polsce - kraju, w którym tylko co trzeci człowiek przeczytał w 2009 roku książkę, wliczając w to całą gamę idiotycznych poradników i podręczniki szkolne. Poziom czytelnictwa na całym świecie nie jest wybitnie wysoki. Ale nad Wisłą wielbiciel literatury jest skazany na zagładę jak ptak dodo. Bo tak naprawdę nawet wielbicieli powieści Stephenie Meyer jest stosunkowo niewielu. Wielu fanów ma za to MTV - o kilka skali łatwiejsze i szybsze niż jakakolwiek książka. Wychodzi na to, że nawet grupa fanek Zmierzchu to dziś osoby aspirujące do bycia elitą. A po co przejmować się trudniejszymi autorami, po co marnować czas na powieść Pynchona, skoro można obejrzeć kilka filmów, kilkanaście odcinków seriali i parę reality show na dokładkę? W tym świecie, gdy dodatkowo większość, i tak skąpego, miejsca na rynku zajęli polscy pisarze, przestrzeni dla pisarzy zagranicznych jest niewiele. A dla tych ambitnych prawie wcale.
Ot, i dlatego nieprędko przeczytam po polsku Air Rymana, a na House of Leaves Danielewskiego, książkę wydaną przed dekadą, będę musiał poczekać jeszcze kilka miesięcy.
A na razie idę czytać Światło i dziękować, że ktoś M. Johna Harrisona zechciał wydać.

poniedziałek, 29 marca 2010

Toporkiem go, toporkiem!

Lata całe czekałem na wznowienie Czarnej Kompanii Glena Cooka. W żaden sposób nie mogłem jej zdobyć. Powieść zbliża się do trzydziestki, w Polsce wydano ją w 1993 roku, pewnie wszystko wykupiono a biblioteki zaspały. Weź znajdź coś takiego.


W końcu powieści Cooka wydano ponownie. I to jak. Od razu trzy w jednym, całe Kroniki Czarnej Kompanii. Solidne dziewięćset z okładem stron czytania, w tomiszczu, którym w razie czego można komu zęby wybić. Tak właśnie powinno się wydawać książki. Zwłaszcza dobre. Bo to naprawdę dobra książka. Czytając ją czułem się młodszy - prawie jak dzieciak, który pierwszy raz zetknął się z Tolkienem i jest nim zachwycony. Tyle, że przypomina to bardziej czytanie Tolkiena po pijaku, albo, jak to określił Steven Erikson - czytanie o wojnie w Wietnamie będąc na haju.

Mięsiste to, wyraziste, dobro niekoniecznie jest dobrem, a zło absolutne całkowitą ciemnością. Niewielu pamiętam bohaterów, którzy powinni być tak antypatyczni, jak Jednooki, Elmo, Kruk czy Goblin, a jednocześnie polubiłbym ich tak bardzo. Wszystko przez Koniowała, tego skończonego romantyka, który bawi się w narratora. Literatura zna już bardziej wiarygodne postaci, może być lepiej napisana, ale Cook wszystko nadrobił przede wszystkim klimatem - i cudownymi oparami absurdu unoszącymi się wokół.

Czytając to zacząłem zastanawiać się nad książką, w której znalazłem najciekawsze sceny bitewne. Cykl o Kompanii jest dziś klasyką militarnej fantastyki. I chyba klasyką całej fantastyki, bez podziałów. Ale nie ma tu najlepszych opisów bitew czy drobnych starć, jakie spotkałem.

Skoro nie w Czarnej Kompanii, to gdzie? Odrzucam autorów, u których - jak u Haldemana (Wieczna wojna) lub Carda (Gra Endera) - wojna i bitwa są pretekstem do ukazania psychiki bohaterów, machinacji, przekazania idei. Mimo to militaryści, którzy koncentrują się na samych zmaganiach, mnożą się jak króliki. Zwłaszcza w otoczeniu Baen Books. Tu można wybierać spośród wielu. Może cykl Generał Stirlinga i Drake'a? Trochę inna to fantastyka, post apokaliptyczne science-fiction, inspirowane z jednej stroną historią Belizariusza - zwłaszcza Drake ma na jego punkcie kręćka - z drugiej przypominające militarnie i technicznie drugą połowę XIX wieku, wojnę secesyjną, powstanie Mahdiego, tego typu rzeczy. Dobre i ciekawe książki, wraz z niezapomnianymi psami wierzchowymi.

Niesamowicie produkuje się David Weber, zarówno w cyklu Honorverse, jak i innych - Starfire, Dahak, oraz pojedynczych książkach. Kompletnie inne walki, kompletnie inna technologia, można powiedzieć, że mimo umieszczenia w przestrzeni kosmicznej, jest to literatura marynistyczna. I Weber potrafi się wybronić. Bitwy o Yeltsin, bitwa o Hancock, i sporo innych, prezentują wysoki poziom. Tak samo jak bitwy ze Starfire, pisanego ze Stevenem Whitem. Serię Dahak pomijam, widać na jej przykładzie, jak autor dopiero uczy się fachu. Problem z Weberem jest taki, że z każdym tomem bitwy pogarszają się wykładniczo. Coś, co powinno być popisem umiejętności Webera w Za wszelką cenę - bitwa o Manticore - jest pozbawione większego sensu. Przypomina to mashera, w którym nie liczy się nic, oprócz rozmiaru rakiety. Im dłuższa i dalej strzela tym lepiej.

Militarnej fantastyki jest dużo więcej. Indywidualne prace Stirlinga, Drake'a, Flinta. Różne inne kolaboracje. Świetna Wojna starego człowieka Scalziego, i dwa kolejne, niewydane w Polsce tomy trylogii. Uchodzące za najlepsze "militarne" książki Leo Frankowskiego, także niewydane w Polsce - jak The War with Earth, napisana wspólnie z Dave'em Grossmanem, i The Two-Space War.

Za najlepsze książki, najbardziej emocjonujące, z najlepszymi opisami bitew, uważam jednak cztery. Od końca:
4) Wartę na Renie Johna Ringo i Toma Kratmana - pokręconą "wojnę światów", w której głównymi bohaterami są żołnierze odtworzonego Waffen-SS, tłukący paskudnych obcych.
3) Placówkę Basilisk Davida Webera - z epicką wręcz bitwą końcową, która otworzyła Weberowi drogę do kariery i sławy.
2) Taniec z diabłem i Doktrynę piekieł, ponownie Johna Ringo - dwie książki, które sam autor radzi skleić w jedną, w których, między innymi starciami, znajduje się kompletnie szalony i nierealny, a jednocześnie jedyny w swojej klasie, opis drogi bojowej SheVy IX - stumetrowego czołgu-pancernika.
1) Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe Roberta M. Wegnera. Czyli naszego. Pięknie napisany, nawiązujący do najlepszej zachodniej militarnej fantasy zbiór opowiadań, w którym znajduje się wisienka na torcie - opowiadanie "Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami", będące absolutnym cudeńkiem. W pełni zasługuje, żeby postawić ją obok najbardziej znanych opowiadań i powieści zachodnich autorów.