Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 listopada 2013

Red Fang - Whales and Leeches

Mastodon z Oregonu. Zanim przesłuchałem Whales and Leeches znalazłem taki opis Red Fang. Niestety, Red Fang zderzenie z rzeczywistością zalicza równie udane, jak Titanic z górą lodową.

Złożone kompozycje, wielokrotne zmiany rytmu, granie niczym podłączeni do wysokiego napięcia King Crimson... Niby tak. Niby wszystko tu jest. Ale...

Tym, co w muzyce Mastodona jest najpiękniejsze, jest niezwykła pomysłowość, nieprzebrane bogactwo rytmów i riffów, których nie powstydziliby się sami Carl Palmer i Steve Howe. Troy Sanders, Brann Dailor i reszta kapeli mają niezwykłą wyobraźnię i wyczucie muzyczne. Coś, czego brakuje Red Fang.

Zmiany rytmu i melodii są, ale co z tego, skoro wszystkie bardzo podobne i - po chwili - nużące. Jednocześnie w dążeniu do stworzenia złożonych utworów zatraca się energia muzyki. A energia, żywiołowość to coś, czego nie można wyciąć z rocka i metalu. Bez tego - w Whales and Leeches szybko wkrada się nuda.

Bardzo przeciętna to płyta. Red Fang brakuje kłów, żeby porządnie ugryźć.

2/5

czwartek, 6 października 2011

Pokochaj Mastodona


The Hunter
Mastodon
Warner Music Poland

Perkusista Brann Dailor zapowiadał, że The Hunter będzie jak “super ciężkie Led Zeppelin”. Ale już w lipcu, gdy zespół ujawnił pierwsze dwa utwory ze swojego piątego albumu studyjnego było wiadomo, że Mastodon nie będzie brzmiał jak Led Zeppelin. Mastodon cały czas jest sobą.
Wiadomo było też, że The Hunter nie będzie brzmiał jak Crack the Skye. I faktycznie, nie ma tu monumentalnych, kilkunastominutowych popisów podobnych do The Czar i The Last Baron, przy których muzycy King Crimson i Yes mogliby powiedzieć “chciałbym zagrać coś  takiego”. Najdłuższy utwór trwa tutaj pięć i pół minuty. Ale jeśli ktoś liczył, że chłopcy z Atlanty zarzucą swoje progmetalowe ambicje, będzie rozczarowany. Owszem, nie są już tak widoczne jak na poprzednim albumie. The Hunter jest w odbiorze prostszy i bardziej dosłowny, nie ma tylu zmian tempa i melodii, ale jednocześnie słychać, że w wielu miejscach jest kontynuacją Crack the Skye. Ale Mastodon wciąż atakuje skomplikowanymi, mozaikowymi riffami i melodiami, z których dumni byliby Steve Howe i Robert Fripp.
Oprócz umiejętności kwartet nie może narzekać też na brak pomysłów i różnorodności. Oprócz typowych dla zespołu stoner metalowych piosenek jak otwierające zestaw Black Tongue i Curl of the Burl dostajemy najbliższe balladom utwory, jakie dotąd wyprodukowali - The Sparrow i The Hunter. A gdyby ktoś tęski za brzmieniem z ich wcześniejszych płyt, może włączyć Spectrelight, które od początku atakuje słuchaczy ścianą dźwięku.
I choć gitary Hindsa i Kellihera tworzą miejscami piękny dwugłos, a Sanders doskonale wpasowuje się w nie, trafiając z basem we właściwe nuty, to bohaterem jest Brann Dailor. Po raz kolejny pokazuje, że jest jednym z najlepszych rockowych perkusistów, a jego techniki - przywodzące na myśl nie tylko Yes i King Crimson, ale też jazzowych perkusistów jak Jack DeJohnette - są w świecie metalu niedoścignione.
Mastodon nie musi już niczego udowadniać. Wraz z Crack the Skye pokazał, że jest jednym z najważniejszych zespołów XXI wieku i przebił się do świadomości słuchaczy spoza świata metalu. Na The Hunter potwierdza swoją reputację. Mastodon razem z kolegami z Baroness pokazują, jak może wyglądać metal i jak dużo potencjału posiada. W muzyce tych zespołów mogą zakochać się także osoby, które ten gatunek muzyki omijają zwykle z daleka.
The Hunter to bardzo dobra płyta. Jedna z najlepszych w tym roku.

Michał J. Adamczyk

czwartek, 7 lipca 2011

Seasick Steve - You Can’t Teach an Old Dog New Tricks

Stary pies nigdy nie jest za stary na zostanie gwiazdą.
Seasick Steve, stary wagabunda, który zadebiutował po sześćdziesiątce, ma więcej pomysłów, umiejętności i jaj niż większość młodych gwiazdorów. Jego blues nie jest nowatorski. Nie śpiewa o wielkich sprawach - opowiada o swoim życiu. W jego gitarze może brakować strun. Ale słucha się go wspaniale.
Wystarczy przez chwilę posłuchać elektryzującego Burnin’ Up, energicznego Back in the Dog House lub otwierającego album, lirycznego Treasures - i nie będzie ucieczki. Stary włóczęga wciągnie w swój bluesowy świat, w którym mieszkają obok siebie najlepsi bluesmani. Można szukać podobieństw, nawiązań i zapożyczeń. Ale tak naprawdę - po co?
Kilka lat temu potrzeba było BBC, żeby go zaprezentować światu. Czterdzieści lat temu Seasick byłby wielką gwiazdą. Współpracownikiem Johna Mayalla, przyjacielem Erica Claptona? Może. Do You Can’t Teach... przyciągnął Johna Paula Jonesa. Jest człowiekiem z innych czasów. Swoją energicznością i naturalnością natychmiast zdobywa sympatię. Jest inny niż współczesne gwiazdy.
I tak naprawdę nie jest stary. Mimo siedemdziesiątki na karku on i jego muzyka - są młodzi.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Earth - Angels of Darkness, Demons of Light 1

Być może najlepsza płyta początku 2011 roku na pewno będzie jedną z najrzadziej wspominanych. Earth stworzyło płytę magiczną, nastrojową, prawie doskonałą. A jednocześnie tak daleką od twórczości głównonurtowej - nie ważne, czy postrzegać ją jako pop, czy wężej, jako heavy metal - że nie uświadczymy jej na żadnych listach przebojów, ani w radiach. Chyba, że późno w nocy.
Angels of Darkness, Demons of Light 1 to pierwsza z dwóch zaplanowanych płyt tematycznych - druga ma ukazać się dopiero w przyszłym roku - i zarazem kontynuacja eksperymentów Earth z formą. Ostatni ocalały członek oryginalnego składu, Dylan Carlson, cały czas eksperymentuje z formą, ale już dawno odszedł od pierwotnego brzmienia - minimalistycznych, tytanicznie powolnych, a zarazem wściekle atakujących uszy i umysł dronów, które wyznaczyły standardy całego gatunku - drone metalu. Teraz są one fragmentem większej całości. Stanowią ramę, w którą wbudowane, niczym witraże, są dźwięki.
Harmonia wspóistnieje z dysonansem, długi, wydawałoby się nieskończony rytm, nagle jest łamany, żeby zrobić miejsce paru nutom, które muzycy wyciągają niczym asy z rękawa, doskonale pasującym do całości, w cudowny sposób ją uzupełniając. Niskie tony dronów uzupełnione akustycznymi dźwiękami gitar i powolnym mruczeniem wiolonczeli - na której gra, znana m.in. z sesji Nirvany dla MTV Unplugged, Lori Goldston - tworzą mroczny, hipnotyzujący klimat, od którego nie można uciec.
Nie, żeby chciało się uciekać.
Wsłuchując się dłużej i sięgając głębiej do muzyki Earth można odkryć jednak więcej, niż monumentalne i drobiazgowe jednocześnie struktury. Jest tam ogrom inspiracji, z których czerpią Carlson, Davies, Goldston i Blau. To nie tylko wywodzący się od Black Sabbath doom metal. Earth dociera jeszcze głębiej, do korzeni Black Sabbath, czyli bluesa. I dalej - do country, jazzowej rytmiki, muzyki klasycznej - pogłębiając tym samym różnorodność i tak bogatej już mozaiki dźwięków.
Efekt trudno opisać inaczej niż - uzależniający.

Michał J Adamczyk

wtorek, 22 marca 2011

Mastodon - Live at Aragon

Od czasu, gdy w 2009 roku Mastodon przebił się do szerszej publiczności płytą “Crack the Skye” i zaczął aspirować do statusu gwiazd metalu, z niecierpliwością oczekiwano następnej płyty zespołu z Atlanty. Muzycy zapowiedzieli niedawno, że prace nad nowym albumem studyjnym trwają od jakiegoś czasu, a tymczasem fani dostali do rączek pierwszą płytę koncertową.
“Live at Aragon” w całości nagrano w październiku 2009 roku, podczas koncertu w Aragon Ballroom w Chicago. Jak oświadczył zespół, koncert ten miał ukazać się na płycie bez względu na to, jak wypadnie. Czyli albo ośmieszą się, albo dadzą olśniewający pokaz kunsztu muzycznego. Efektem jest koncert bardzo nierówny, pokazujący umiejętności muzyków, ale także obnażający boleśnie ich braki.
Na nagraniu brakuje niespodzianek. Jest to właściwie “Crack the Skye”, zagrana nuta w nutę i prawie bez improwizacji, z dodanymi na koniec kilkoma utworami z poprzednich płyt Mastodona, oraz coverem “The Bit” zespołu The Melvins. Nie należy jednak uważać tego za wadę. Sama muzyka jest tu na najwyższym poziomie, a kompozycje są imponujące. Jest pokazem tego, że muzycy nie muszą odwoływać się do sztuczek studyjnych, żeby osiągnąć brzmienie przypominające skrzyżowanie tempa i agresji Metalliki z progrockowymi inspiracjami, zaczerpniętymi od Yes czy King Crimson.
Najpoważniejszym problemem są wokale. Na żywo duet wokalistów Hinds/Sanders bardzo odstaje od wersji studyjnej. Rzadko kiedy trafiają we właściwą nutę i długimi momentami ich nieporadność razi i psuje przyjemność ze słuchania, tym bardziej, że gra ich głosów jest ważna dla odbioru całości.
Efektem jest płyta, którą Mastodon nie skompromitował się, ale też nie dołączy dzięki niej do zespołów uznawanych za najlepiej grające na żywo. Gwiazdy tegorocznego Sonisphere pokazują, że są niezwykle sprawnymi artystami, ale do dorównania największym jeszcze trochę im brakuje.
Choć może wokaliści mieli po prostu słabszy dzień.

Michał Adamczyk